Wietrzne San Francisco

San Francisco, jedna z ikon Ameryki. Miasto symbol, wielkie, rozkrzyczane, pełne barw, kolorów i języków. Kiedy wychodzisz na jego ulice z lotniska lub metra masz wrażenie, że wir zdarzeń dosłownie Cię porywa. Ilość bodźców, zapachów, dźwięków jest przytłaczająca, a oszołomienie tym nagłym natłokiem impulsów mija dopiero po kilku godzinach, kiedy to człowiek przyzwyczaja się do tej specyficznej kakofonii i zaczyna chłonąć ją z każdym oddechem. Uczy się żyć z miastem w jego szalonym tempie.

San Francisco zaskoczyło mnie przede wszystkim swoją fizycznością. Przemierzanie ulic pieszo jest nie lada wyzwaniem, gdyż różnice poziomów są gigantyczne a podejścia niekiedy tak strome jak na trudniejszych górskich szlakach. Spacer po SF najczęściej przypomina więc przełajową wycieczkę, z tą tylko różnicą, że trasę przemierzamy po betonowym chodniku.

Do tego wieje. Zawsze, mocno i w większości od oceanu. Pacyfik, nad którym przycupnęło miasto daje o sobie znać nawet w centrum, daleko od piaszczystych plaż.

Niestety, San Francisco czasami wydaje się nijakie, pozbawione wsobnej tożsamości. Owszem – nadal pozostaje niezrównanym pomnikiem ludzkiej doskonałości, pełnym rozwiązań technologicznych, o których 100 czy 200 lat temu nawet nie marzono, jednak przez swój ogrom i pośpiech staje się nazbyt często wyłącznie zlepkiem skupisk ludzkich połączonych infrastrukturą, nie dzielących jednak ze sobą wspólnych cech kulturowych.

Być może odniosłem takie wrażenie, bo patrzę na San Francisco przez pryzmat Wielkopolanina, Piasta z piastowskiej ziemi, której tożsamość i spójność kulturowa sięga przecież dziesiątek stuleci. Być może jako przybysz z Kongresówki osiadły na ziemiach Landsberg an der Warthe albo Breslau patrzyłbym na sprawę inaczej.

Owszem china town czy dzielnica, w której mieszkałem będąca specyficzną chińsko – meksykańską mieszkanką podlaną amerykańskim sosem, mają swój jednostkowy klimat, ale miasto jako całość wydaje się być po prostu głośnym tyglem.

Ja jednak żałowałem przede wszystkim, że przybyłem do San Francisco tak późno. Chciałbym znaleźć się tam w latach trzydziestych, kiedy budowano majestatyczne Golden Gate, chciałbym popłynąć przez pół świata z wujkiem mojego dziadka, który otwarł w SF ceniony zakład krawiecki, wyjeżdżając z Polski gdzieś pomiędzy jedną a drugą zawieruchą Wielkiej Wojny.

Chciałbym być tam wtedy, niemal stulecie temu, kiedy wszystko było możliwe. Niestety, pojawiłem się w San Francisco dopiero na początku XXI wieku i mogłem zobaczyć jedynie echa dawnego kraju nieskończonych możliwości przykryte patyną przepisów, norm ekologicznych, zezwoleń, zakazów i wszystkich tych ograniczeń, które źle rozumiana demokracja nakłada na obywateli w każdym zakątku świata.

2 Replies to “Wietrzne San Francisco”

  1. W tej olsniewajacej galerii brakuje jedynie obowiązkowego adresu z SF. 1329 Prescott Street.

    1. Niestety, jak widać na tych zdjęciach byliśmy w zupełnie innej części miasta.
      A może po prostu coś powstrzymało mnie przed tym, żeby pojechać tam. Cóż – jest powód, żeby wrócić i zajrzeć na Prescott Street, jak tylko zbiorę odwagę.

Dodaj komentarz